2026-03-10 Autor: Tomasz Pałka
Marzycie o złowieniu morskiej troci? Widzisz to, gdy wchodzisz na morską plażę uzbrojony w wędkę w siódmej klasie.
Wczesnym świtem jeszcze po ciemku wchodzisz do wody. Zimnej wody. Fale delikatnie odbijają się od morskiej plaży. Morze szumi przypominając o swojej obecności. Wiążę krewetkę i coś na skoczka. Pierwsze wymachy są nieudolne, ale po chwili głowica ciągnie przypon z muchami na odpowiednią odległość. Odkładam running do kosza czując na dłoni spływającą zimną wodę. Słoną wodę. Niebo zaczyna nabierać kolorów. Pomarańcze mieszają się z różem i niebieskimi odcieniami nocy. Za chwilę na horyzoncie błyśnie słoneczna tarcza.

Rozwieje wszelkie wątpliwości, że to początek dnia. Mroźna bryza na policzkach przypomina o trwającej zimie. Woda faluje delikatnie kolebiąc na boki. Patrzę w kierunku krawędzi dna, którą znalazłem poprzedniego dnia. Czają się za nią potwory, drapieżnicy morskich otchłani. Mieszkańcy, o których marzy każdy kto zachorował na salmo trutta w wielu wersjach. Przez poprzednie dni obserwowałem wybraną zatokę. Gruba warstwa lodu jeszcze dwa tygodnie przed wyprawą nie napawała optymizmem. Właściwie to myślałem, że skończy się na zwiedzaniu pobliskiego miasta. Ale zmienił się wiatr i szanse na spełnienie marzeń wzrosły. Temperatura wody też nie napawała optymizmem. 0ºC dokładnie zero stopni wskazywało na całkowity brak życia. Na domiar złego stały kierunek wiatru wywiał wodę do jakiejś zatoki i tak niskiego stanu morza nie było od stu lat. Dokładnie 64cm mniej niż normalnie o tej porze. Wszystko mówiło, że nie ma najmniejszej szansy na złowienie ryby marzeń a nawet wejścia do wody. Nie poddaję się i wieczorami kręcę muchy. Kilka tobiaszy i krewetek zamieszkało w morskim muchowym pudełku. Jadąc pociągiem nad morze widziałem w szybie trochę znikający krajobraz a trochę fantastyczne momenty brania ryb. Pulsujący ciężar na lince i wędka wygięta w łuk. Te pierwsze kopnięcia na kiju i rozchlapującą się drobnymi kropelkami wodę wokół kręcącej się szpuli kołowrotka.
Obudziłem się jeszcze przed budzikiem. Siedząc na krawędzi łóżka nieprzytomny wiedziałem, że pomimo wcześniejszych złych prognoz wszystko się zmieniło a sprawy przybrały nieprzewidywalnie korzystny obrót. Poprzedniego dnia po długiej i mroźnej zimie morze ożyło. Wieczorem mocne słońce ogrzało przybrzeżne płycizny. Tuż za krawędzią prowadzącą do otchłani, gdzie mogła być termoklina trzymająca ryby jak w startowym boksie obserwowałem spławy ryb. Wystarczył niewielki sygnał i gdy temperatura na
rozległej płyciźnie w zatoce, w której łowiłem ogrzała się do 4 ºC morze pokazało swoje najbardziej strzeżone tajemnice. Wszystko zmieniło się w ciągu dwóch dni a właściwie jednego ciepłego popołudnia i nocy.
Gdy schodziłem nadbrzeżem od razu skierowałem się do wlotu głębszej rynny prowadzącej do zatoki. Tam oczekiwałem na ryby. Pierwsze ryby pojawiły się poza zasięgiem rzutu, a ja cierpliwie czekałem. Po godzinie łowienia nie działo się kompletnie nic. Pomyślałem, że mój huraoptymizm jednak się nie sprawdził. Morski wschód słońca rekompensował niedobory w braniach ryb. Widok odległych płynących do portu statków przypominał, że stoję w morskiej otchłani. Po prawej stronie, delikatna falka zwróciła moją uwagę. Zmrużyłem oczy, żeby widzieć wyraźniej. Oślepiła mnie wyłaniająca się krawędź wschodzącego słońca. Fala przelewała się nad głazem. Czasem wchodziłem na niego i dzięki temu łowiłem z większej wysokości zwiększając zasięg rzutu. Ale dziś jestem ostrożny. Łowię bliżej brzegu. Nie chcę spłoszyć ryb, które będą żerować na płytkiej wodzie. Przy kolejnym podciągnięciu czuję przytrzymanie a wbudowany automatyzm powoduje, że zacinam podnosząc wędkę i delikatnie przytrzymując linkę. Czuję adrenalinę, ale to tylko zalegający na dnie kamień.

Muszę wejść kilka kroków do przodu. Jednocześnie myślę o postanowieniu niepłoszenia ryb z płycizny. Jak na złość. Po krótkiej chwili udaje mi się odstrzelić muchę. Ponownie kątem oka widzę falkę, ale to w tym samym miejscu więc upewniam się, że to fala przetacza się nad kamieniem. Sprawdzam węzeł przy krewetce i w tym momencie delfinek pojawia się dwa metry bliżej brzegu. Błyskawicznie podejmuję decyzję o rzucie w to miejsce. Robię wymach, w drugim ładuję wędkę już całą głowicą a w trzecim oceniając odległość tuż przed osiągnięciem celu staram się przerzucić przynętą miejsce spławu o metr. Kładę linkę bliżej tak aby nie spłoszyć ryby. Woda migocze odbijając kolory świty. Daję krewetce utonąć licząc raz, dwa i robię pierwsze pociągnięcie. Momentalnie czuję pulsujący ciężar. To się dzieje. Pierwsza troć na wędce. Fish on! Walczy zaciekle. Sięgam po podbierak i po chwili cieszy oko. Staram się zrobić zdjęcie, ale ręce się trzęsą. Oceniam, że ma około 40cm. Piękna, srebrna ryba. Cieszę się jak dziecko, jednocześnie kątem oka obserwuję kolejny spław.

Odhaczam rybę, pozwalam jej odpocząć i odpłynąć. Wszystko się złośliwie plącze. Linka, podbierak, zaczepiam się gdzieś muchą. Spokojnie, jest szansa na kolejną. Rzucam podobnie jak poprzednio. Tym razem ryba atakuje od razu. Ta jest większa i od początku stawia zdecydowany opór. Młynkuje na powierzchni. Staram się nie spłoszyć pozostałych i sprowadzić ją do dna przechylam wędkę blisko nad lustro wody. Euforia trwa. Jeden odjazd z kołowrotka i kolejna ryba ląduje w podbieraku.

Stadko przesuwa się kilka metrów w bok. Nie tracę czasu i tym razem nie wyciągam aparatu, taka okazja może się szybko nie powtórzyć. Powoli się przesuwam i po pojawieniu się spławu rzucam. Jestem skupiony wręcz odcięty od świata. Tylko ja i moje stadko troci. Branie następuje w drugim pociągnięciu. Po chwili jednak czuję luz. Podnoszę wędkę do góry i ponownie mam opór. Jest. Już myślałem, że spadła. Po prostu szybciej płynęła w moją stronę. Ostrożnie wybieram linkę, ryba zachowuje się inaczej niż poprzednia. Wyciągam rękę z podbierakiem i widzę, że jest zaczepiona za skoczka. Chcę ją lądować, ale ku mojemu zdumieniu z wody wyłania się kolejna troć zahaczona na głównej krewetce. Dublet nie wierzę…
Próbuję sprawnym ruchem zagarnąć dwie ryby jednocześnie. Bliższa mnie młynkuje. Wprowadzam ją w podbierak. Łapię drugą, jednocześnie pierwsza wyskakuje. Śmieje się z sytuacji, ale w końcu obie są w podbieraku. Wyciągam aparat i robię fotę, bo przecież nikt mi nie uwierzy.

Stado odsuwa się ode mnie. Daję im i sobie chwilę na uspokojenie. Przesuwam się wolno w stronę ryb. Słońce pręży tarczę nad wodą dotykając jeszcze horyzontu. Rozświetla zakamarki nocy i jak co dzień niesie ciężar codziennego rytmu życia. W niedalekiej odległości ode mnie gągoły wykonują swój rytualny taniec machając głowami i kładąc szyję na tułów. Wydają przy tym charakterystyczny piskliwy dźwięk. Tuż nad wodą przelatuje para łabędzi świszcząc skrzydłami tuż nad wodą. Wykonuję czwarty rzut. Trochę bliżej tak by nie płoszyć ryb. Wędka wygina się a ja nie wierzę w to co się dzieje. Po kilku pociągnięciach ryba spada. Nie zaciąłem jej. Kolejny rzut i czekam na pulsujący ciężar jak by to było normą w każdym wykonanym rzucie. Ryba wydaje się podobna do pozostałych, ale gdy widzę jej kolor i wielkość wiem, że jest wyjątkowa. Piękny samiec nie daje za wygraną odjeżdża i kołuje wokół mnie. Linka świszcze rozbryzgując kropelki wody. W końcu przegrywa. Żółto brązowy z lekką kufą. Na pewno ponad sześćdziesiąt. Kolejny raz trzęsą mi się ręce, gdy go wyhaczam. Nie spodziewałem się, że w tym stadku może być tak piękna ryba. Wszystkie miały w granicach 40-50cm. Ten ma sporo więcej i nie wygląda na rybę, która by była przed chwilą w rzece. Piękny silny samiec. Sądząc po zniekształconych płetwach pochodzi ze sztucznego tarła. Wspaniale widzieć efekty pracy ludzi, którzy starają się przywrócić trocie rzekom. Tym czasem ryby odsuwają się od brzegu i kolejne kilka metrów ode mnie.

To ostatnia szansa na kolejny hol. Dalej już nie wejdę będzie za głęboko. Niczym w transie wykonuję kolejno rzuty i w trzecim holuję rybę. Potem kolejną Stado zawraca i płynie nad krawędź głęboczka. Wystarczy już wystarczy. Spełnia się niewiarygodny sen. Po dłuższej chwili, gdy już stoję na brzegu i analizuję sytuację wydaje się nierealna. Może jeszcze się nie obudziłem? Siedem troci w dziesięć rzutów w tym dublet. Jak mnie będą pytać to powiem standardowo, że nie brały. No dobra że złowiłem jedną. Jak powiem dwie to będzie, że może kłamię. Siedem w tym dublet i piękny samiec? I pomyśleć, że za kilka godzin mam powrotny pociąg. Myśli się kłębią. Jak obudzony ze snu patrzę w oślepiającą mnie tarczę słońca unoszącą się nad granicą horyzontu. Najlepiej to nikomu nic nie powiem, bo nie uwierzą.

Tekst i zdjęcia: Tomasz Pałka